Nie takie straszne Bieszczady rowerzystom, jak je malują.

Lata lecą, organizm się zużywa. Coraz mniej sił na walkę z interwałowymi, bieszczadzkimi trasami. Zaczyna się wspominanie minionych, jakże słusznych i bogatych w dokonania czasów. Ale dusza chciałby jeszcze do raju, tylko czegoś jej brakuje.

963736_653593911323863_574999723_o

Na wspomnienia ad hoc zorganizowanej wycieczki rowerowej na „góralu” z sąsiadem na eleganckiej „szosówce” po bieszczadzkiej tzw. Dużej Pętli łza się w oku kręci. Takie fajne podjazdy, zjazdy, mało gdzie odcinki płaskie i proste, bo to przecież góry. I te niesamowite krajobrazy, które czuć i widać. Szaleńczy zjazd z Jabłońskiej Góry i awaryjne hamowanie Jasia tuż przed barierką na jednej z serpentyn zakończone złożeniem się koła w pół. Wtedy nie stanowiło to żadnej przeszkody w kontynuacji jazdy. Wyprostowane przy pomocy „buta” tylne koło, ocierające się o górną część ramy, nie uniemożliwiło dalszej jazdy. A zostało do domu ponad 70 km. Daliśmy radę! Czytaj dalej